wtorek, 29 marca 2016

Hello Spring!



To już chyba zalicza się do corocznej tradycji - spacer po Zalesiu jak tylko poczuję odrobinę słońca na skórze. Pierwsze promienie, wiosna nieśmiało zagląda do Polski, nareszcie! Czekam na więcej tych dni, w których witamina D będzie wypływać zza każdego rogu.

Wieczorne spotkania na schodkach nad Wisłą, a już niedługo ogniska na plaży po drugiej stronie rzeki. Sezon picia w plenerze otwarty, całkiem przyjemnie jest patrzeć na horyzont i nie trząść się jak galaretka.


Aldona&Anita zawsze spoko <3


 Fot. Paulina 
jacket- Pull&Bear
sweater- American Eagle Outfitters
jeans- Pull&Bear
shoes-  Top Shop



poniedziałek, 21 marca 2016

This Unruly Mess I've Made

18 marca, data wyczekiwana przeze mnie miesiącami nareszcie nadeszła. Przełomowy dzień kończący zimową rutynę, nadszedł czas by rozpocząć sezon koncertowy, najlepszy sezon w roku.

Już dawno nie byłam na koncercie podczas, którego mogłam uczestniczyć w tak świetnym show jak podczas piątkowego występu. Kim był gość w Łódzkiej Atlas Arenie? Macklemore&Ryan Lewis. Duet, który zadebiutował takimi hitami jak "Thrift Shop""Can't hold us" czy najnowszym "Downtown" już po raz drugi odwiedził Polskę. Tym razem w ramach światowej trasy promującej najnowszą płytę This Unruly Mess I've Made.

Widziałam, że pod Areną musimy być rano, chciałam stać jak najbliżej. Może to trochę wykluczające, ale nienawidzę stać w tłumie... Moja klaustrofobia i mój wzrost sprawiają, że mdleje dość szybko więc musiałam walczyć o pierwszy rząd.

Pogoda nie sprzyjała kilkugodzinnemu marznięciu pod zamkniętymi drzwiami wejścia nr 12. Bardzo miłą niespodzianką była herbata od organizatorów na rozgrzanie. Chociaż nie dała tyle ciepła co przyjazd autokaru z powodem, dla którego czekaliśmy tyle godzin. Ben i jego żona z córeczką na rękach zamienili z nami kilka zdań po czym weszli do areny. Wtedy czas zaczął mijać bardzo szybko. Nagle nadszedł ten długo wyczekiwany moment, a drzwi zostały otwarte. Biegnąc po schodach w dół w stronę płyty myślałam tylko o tym, żeby się nie potknąć. Na szczęście udało mi się dotrzeć pod same barierki bez żadnych wypadków.

Koncert poprzedzał świetny support. XP oraz Raury skradli moje serce.W szczególności drugi występ. Dziewiętnastolatek swoim krótkim, ale bardzo energetycznym występem sprawił, że zapamiętam go na pewno na długo.


Dreszczyk emocji, który pojawił się zaraz po supporcie towarzyszył mi dopóki nie usłyszałam okrzyku spod sceny. Domyśliłam się, że to cała ekipa właśnie ustawia się na swoich miejscach. Niesamowite uczucie.
Nagle wszystkie światła zgasły, a z głośników zaczęły wydobywać się dźwięki pierwszej piosenki -Light Tunnels. Na scenie pojawił się zespół, a po chwili sam Macklemore wynurzył się spod sceny.
Widzieć go, czuć każde drganie głośnika, czuć emocje spływające ze sceny jak energetyczna fala, która zalewała całą arenę, niezapomniane i najlepsze uczucie na ziemi.



Najbardziej czekałam na piosenkę Same Love. Ma dla mnie ogromne znaczenie sentymentalne, przesłanie w niej zawarte często daje mi siłę w trudnych chwilach. Wiarę, akceptację, której w życiu często brakuje. Kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki, zobaczyłam wizualizacje, emocje wygrały. Łzy spływały po policzkach, były to najbardziej emocjonalne minuty koncertu.
Nie było mi trudno przestawić się po chwili na dobrą zabawę. Podczas piosenki Let's Eat zostaliśmy poczęstowani ciastkami! Zdecydowanie przemawia do mnie jej tekst, jako że uwielbiam jeść, uwielbiam również ten kawałek haha.


Lest's Eat!


Ostatni był utwór Can't Hold Us. Jak opisać to co się działo? MIAZGA, nie mam odpowiednich słów. Zawsze podczas tej piosenki Macklemore wskakuje w tłum i staje na rękach publiczności i tym razem nie było inaczej. Zawsze chciałam to zobaczyć.


Na koniec dwa bisy pierwszy - Let's Dance i Dance off. Drugi- najnowszy singiel Downtown, poczas którego na scenę wskoczył Eric Nally, to dopiero było show i bardzo spektakularny koniec koncertu.

video

Po wyjściu niesamowicie zmęczeni pełni emocji i podekscytowania, skierowaliśmy się w stronę sklepiku, w którym sprzedawane były bluzy i koszulki z trasy. Nie mogłam przejść obok nich obojętnie i do domu wróciłam w jednej z bluz.
Następnego dnia uwieczniliśmy ten świetny wieczór spacerem po Łodzi, która okazała się całkiem uroczym miastem.


czwartek, 10 marca 2016

The modern love story

"Czas na Bang Gang! Zapomnijcie o Skins.
Odważny prawdziwy i piękny" 
Mocno obiecujący cytat, który zachęcił mnie do obejrzenia tego filmu. Francuska, kontrowersyjna produkcja z historią lepszą niż jeden z moich ulubionych seriali Skins? Brzmi ciekawie.
Włączyłam zwiastun, przejrzałam opinie. "Generacja Snapchata dostaje Bang Gang", pojawiło się w jednej z gazet. Hmm generacja snapchata? Nie jestem pewna, ale chyba należę jeszcze do porzedniej, czyli wg nich miałam Skins. Nie szkodzi, mam porównanie, przecież ten film ma być zdecydowanie lepszy.
Kiedy dostałam zaproszenie od Glamour na przedpremierowy pokaz, jakże ciekawe rozmowy o polityce i polskich aferach z panem M. zeszły na dalszy plan.  Kino vs. Uczelnia 1:0.

Środa, 20.00, kino Muranów. Mam sentyment do tego kina i francuskich filmów, więc nastawienie miałam jak najbardziej pozytywne. Zawsze jestem na tak dla miło spędzanych wieczorów.
Po wejściu na salę na każdego gościa czeka mały upominek na siedzeniu. Najnowszy numer Glamour oraz tatuaże od Local Heroes. Na pokazie obecne były również założycielki tej marki: Areta i Karolina. Cały seans siedziałam w rzędzie tuż za nimi (co nieco rozpraszało moją uwagę podczas oglądania filmu haha).

Z sali wyszłam z nieco mieszanymi uczuciami. Niewątpliwie był to bardzo dobry film, ale czy lepszy niż serial o nieco podobnej tematyce Skins? Fakt obie produkcje poruszają ten sam temat, problemy, zbyt ostre imprezy i dramaty. Ale na tym podobieństwa się kończą. Czy dobrze? Co kto lubi.W Gang Bang zdecydowanie mocniej zaakcentowane zostały sceny seksu. Gra, totalne zatracanie się, zbliżenia, przeciągane sceny. Historia każdego z 4 bohaterów ukazana powierzchownie i krótko. Zabrakło mi czasu na poznanie ich. Niewątpliwie piękna George, Alex, Gabriel oraz Laetitia, każde z osobna z własną tragiczną bardziej lub mniej historią. Kilka scen, reszta pozostawiona naszej wyobraźni. Fabuła, jak dla mnie za mało dramatyczna. Duże, indywidualne problemy jedynie muśnięte, a mocno zaakcentowane te dotyczące grupy, przemijające, które nie odcisnęły, aż takiego piętna na psychice bohaterów.
Czuję niedosyt, za mało akcji, za dużo seksu. Odniosłam wrażenie jakby cała główna fabuła ukryta była pod powłoką Bang Gangu, czyli imprez z grupowymi orgiami.
Film polecam jak najbardziej, wszystkim lubiącym dobre kino, mimo że Skins pozostaje dla mnie nadal nr 1.




Piękna George